[ Pobierz całość w formacie PDF ]

skierował mój wzrok na urwisko po drugiej stronie
kamieniołomu, gdzie tuż nad krawędzią rosła samotna
kępa jadłoszynów.
- Za tymi drzewami... teraz tam to robią. Wysadzają
dynamitem nową dziurę, ale nie ma w niej nawet oceanu
ani meduz.
Gdy tylko skończył mówić, rozległ się wybuch;
przetoczył się jak grzmot, wstrząsnął naszym
stanowiskiem, poruszył mi wnętrzności. Dickens ukrył
twarz w zgięciu ramienia, a ja, zatkawszy sobie uszy,
patrzyłam na odległą kępę drzew, oczekując ognia i dymu
oraz wylatujących w powietrze kawałków skał. Zamiast
tego - jakby drzewa nagle się rozstąpiły - zobaczyłam
stada czarnych ptaków podrywających się w niebo z
głośnym krzykiem; latały dokoła niczym jakaś gniewna
chmura, krążyły zwartą grupą to w tę stronę, to w tamtą,
by w końcu powrócić w to samo miejsce, kiedy hałas
ucichł.
Oderwałam dłonie od uszu, powoli, wsłuchując się w
ptasi jazgot.
- Są wściekłe - powiedziałam do Dickensa, który
ostrożnie unosił głowę. - Pewnie spały. Te wybuchy je
wykończą, jeśli szybko się stąd nie zabiorą.
Przypomniałam sobie opowieść ojca o tym, jak w
młodości mordował szpaki. Jego kuzyni też to robili. I
babka. Wszyscy w ich mieście mordowali szpaki.
- Bo wszystko obsrywają - mówił ojciec - i robią
straszny hałas. Poza tym to było zabawne. Dostawaliśmy
dziesięć centów za każdego złapanego i zabitego ptaka.
Kiedyś zarobiłem prawie pięć dolarów, a w tamtych
czasach można było za to kupić mnóstwo gumy i
sucharów.
Nazywało się to Doroczna Obława z Nagonką.
Mężczyzni, kobiety i dzieci szli tyralierą od jednego
końca miasta do drugiego, waląc łyżkami w patelnie,
garnki i pokrywy od kubłów na śmieci, płosząc w ten
sposób szpaki. Hałas podrywał ptaki do lotu; miotały się
dziko nad głowami polujących, szukając spokojnego
miejsca do wylądowania, latały dopóty, dopóki mogły
latać, a potem wyczerpane zaczynały spadać. Pikowały w
ziemię, rozbijając się na ulicach i chodnikach, na
podwórkach i dachach. Mój ojciec i jego kuzyni, a także
babka i cała reszta używali łyżek zamiast młotków.
- Tym, które oddychały i próbowały znowu lecieć -
opowiadał ojciec - rozbijaliśmy głowy. Czasami
zadeptywaliśmy je i niekiedy skrzydła trzepotały jeszcze
długo po rozwaleniu czaszki.
Matka nienawidziła tej opowieści. Ja też.
- Dickens, mój tata mordował ptaki. To podłe tak robić.
Ale on nie zwracał na mnie uwagi.
- Niewiele brakowało - westchnął.
Przez chwilę oglądał rękę Barbie, wciskając kciuk w
plastikowe ciało.
- Mam sekret - wyznał w końcu.
- Jaki?
- Jak ci powiem, to nie wygadasz, dobrze? Gdyby Dell
się dowiedziała, zbiłaby mnie i już zawsze miałbym
kłopoty.
- Ja też mam sekret.
Popatrzył na mnie.
- Zdradz mi swój sekret, to ja ci zdradzę mój, dobrze?
- Dobrze.
Usiedliśmy na brzegu, krzyżując nogi jak indiańscy
wodzowie. Zamknęłam Krój i Szyk w zaciśniętej dłoni,
żeby nie mogła usłyszeć. I szeptem wyznałam mu mój
sekret, mówiąc, że jest moim chłopakiem, że jestem panią
Kapitanową... i że lubię go całować w usta.
- Aha. Mój jest inny. Mój jest taki, że mam u siebie w
pokoju dynamit, i to dla mnie niedobrze.
Dynamit. Dwie laski. Powiedział, że znalazł je w tej
nowej dziurze po wybuchu.
- O wszystkim zapominam - mówił - a kradzież oznacza
dla mnie kłopoty. Tak już jest, dlatego to tajemnica.
- Chciałabym zobaczyć - powiedziałam.
Westchnął, ściągając usta.
- No nie wiem, może jutro, jak Dell pojedzie do miasta.
Nie wiem. Kiedy jedzie do miasta, to ja rządzę, więc
mogę robić, co chcę.
- Jak mi pokażesz, to ci uwierzę. Jeśli mi pokażesz,
dostaniesz rękę Barbie jako prezent urodzinowy ode mnie.
Powinien się uśmiechnąć, ale jego mina nie wyrażała
niczego. Popatrzył na plastikową rękę.
- Jak się nazywa?
- Ramię-Armię - odpowiedziałam.
- To chłopiec czy dziewczynka? Byłoby miło, gdyby to
była dziewczynka.
- Chłopiec.
- Skąd wiesz?
Wzięłam rękę i umieściłam ją sobie między nogami,
jakby to był siusiak.
- To wcale nie znaczy, że to chłopiec.
- Właśnie, że znaczy. To siusiak. Wiem, że go masz.
- Nie.
- Widzę go, kiedy się całujemy. Robi się większy.
- Wcale nie widzisz. Tak nie wolno. Nie mam niczego
takiego.
Pochylił się, zasłaniając kąpielówki. Powiał lekki wiatr,
unosząc kurz z peruki, obsypując nas kamienną mączką.
Położyłam rękę Barbie na jego lewym kolanie.
- Dickens, chciałabym zobaczyć twój dynamit.
- Może jutro, jak Dell pojedzie do miasta. Nie wiem.
- Przecież jesteś moim chłopakiem - naciskałam.
- Nie rozumiem tego - powiedział, zdejmując perukę i
rzucając mi ją na kolana. - Chyba lepiej będzie, jak pójdę
już do domu.
Kocham cię, pomyślałam. Jesteś moim drogim, słodkim
kapitanem.
Przez chwilę całowaliśmy się na urwisku wysoko nad
Stuletnim Oceanem, póznym popołudniem, a potem
odeszliśmy stamtąd, milcząc, nasłuchując z nadzieją
kolejnego wybuchu, który jednak nie nastąpił.
Rozdział 20
Krój i Szyk nie chciała się zamknąć.
- Dickens ma dziewczynę - drażniła się ze mną. - Jest
twoim chłopakiem.
- Moim mężem - oznajmiłam. - Jestem jego żoną.
- Jest bajecznym chłopakiem. Jest słoneczną chmurą.
Był ranek, do południa brakowało kilku godzin. Mimo
iż Dickens zawsze przynosił mi posiłek po porze lunchu,
czekałam na stopniach ganku na jego przybycie.
- Pocałuj mnie - poprosiła Krój i Szyk.
- To ohydne. Jesteś dziewczyną. [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • szkicerysunki.xlx.pl
  •