[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Niemcy wysypywali się z autokarów, które nieśmiało, żeby nie rzucać się w oczy, przystawały na poboczach
dróg. Szli małymi grupkami albo parami, najczęściej parami. On i ona, jakby szukali miejsca na miłość.
Robili zdjęcia pustym przestrzeniom, co dziwiło wielu ludzi. Dlaczego nie robią zdjęć nowemu przystankowi,
nowemu dachowi kościoła, tylko pustym przestrzeniom zarośniętym trawą. Wiele razy podejmowaliśmy ich
herbatą i ciastkami. Nie rozsiadali się na krzesłach, nie prosili o więcej. Kończyli tę herbatę i szli. Było nam
niezręcznie, gdy chcieli wcisnąć nam w dłoń kilka marek. Baliśmy się, że wyglądamy jak barbarzyńcy w tych
naszych wiecznych remontach, z tynkiem osypującym się na ziemię, z przegniłym stopniem schodów.
Gdziekolwiek szli, zawsze w końcu znajdowali się pod sklepem, gdzie czekały na nich małe dzieci
i wyciągały ręce po cukierka. To niektórych oburzało i zawsze robiło się trochę nieprzyjemnie. W ciągu tych
kilku minut, gdy Niemcy rozdawali cukierki koło sklepu, wibrowało nad naszymi głowami coś bardzo
patriotycznego, robiło się biało-czerwono, jakby w powietrze uniosła się zetlała do konsystencji gazy
narodowa flaga i nawet czuliśmy się wtedy, na przekór tym cukierkom, Polakami.
Niektórzy Niemcy przyjeżdżali wielokrotnie. Niektórzy zapraszali ludzi ze wsi (jedną, dwie osoby, najczęściej
tych, którzy dbali o ich niemieckie groby) do Reichu i załatwiali im pracę.
Albo jak starsze małżeństwo, które zjawiło się kiedyś na naszej ziemi. Oboje palcem wskazywali nam nie
istniejące domy. Potem wysyłaliśmy sobie kartki na święta. Powiedzieli uspokajająco, że rodzina Frostów
nie interesuje się już naszym domem.
 Dlaczego ktoś miałby interesować się naszym domem?  zapytałam ze złością Martę.
A ona odpowiedziała:
 Bo go zbudował.
Jednego wieczoru, gdy znosiłyśmy z tarasu puste filiżanki po herbacie i talerzyki po cieście, Marta
powiedziała, że najważniejszym ludzkim zadaniem jest ratowanie czegoś, co się rozpada, a nie tworzenie
rzeczy nowych.
Peter Dieter
Kiedy Peter Dieter i jego żona Erika przejechali granicę, Peterowi usiadła na dłoni biedronka. Przyjrzał się jej
uważnie  miała siedem kropek. Ucieszył się.
 Oto powitanie , powiedział.
Jechali dziwaczną autostradą. Po obu jej stronach stały dziewczyny w kusych obcisłych spódniczkach
i machały na samochody.
Wieczorem znalezli się we Wrocławiu i Peter był zaskoczony, że poznaje miasto. Tylko wszystko wydawało
się ciemniejsze i mniejsze, jakby znalezli się we wnętrzu byle jakiej fotografii. W hotelu musiał wziąć przed
snem swoje tabletki, bo serce kołatało mu nierówno, a przerwy między kolejnymi uderzeniami wydłużały się
w nieskończoność.
 Przyjechaliśmy tu za pózno , powiedziała poważnie Erika i usiadła na łóżku.  Jesteśmy za starzy na
wzruszenia. Zobacz, jakie mam spuchnięte nogi .
Następnego dnia obejrzeli Wrocław: był taki sam jak wszystkie inne miasta, które widzieli w życiu. Miasta
w rozpadzie, miasta w rozkwicie, miasta chylące się ku rzekom, wrośnięte głęboko w ziemię i te zbudowane
na piaskach, delikatne jak struktury pleśni. Miasta opustoszałe, zniszczone i miasta odbudowywane na
cmentarzach, w których potem ludzie żyją tak, jakby umarli. Miasta podzielone na pół, balansujące na
jedynym moście, kamiennym języczku u wagi.
Potem zaczęły się góry. Karpacz pełen kiosków z pamiątkami, Szklarska Poręba, o której Peter uparcie
mówił Schreiberhau, jakby się bał zmierzyć z nową polską nazwą. Ale w gruncie rzeczy byli nieuważni
i myśleli o jednym  kiedy wreszcie pojadą dalej, w stronę Neurode i Glatzu  i czy zdążą wszystko
zobaczyć. Czy w ogóle może starczyć czasu na oglądanie tego, co było, czy ich oczy zamienią się
w aparaty fotograficzne i po prostu zrobią zdjęcia temu, co zobaczą.
Peter chciał znowu ujrzeć swoją wieś, a Erika chciała zobaczyć Petera, gdy będzie patrzył na swoją wieś.
Pomyślała, że wtedy zrozumie wreszcie całego Petera, od początku do końca, te wszystkie jego smutki,
lakoniczne odpowiedzi, nagłe zmiany decyzji, które ją denerwowały  albo nawet te uparcie stawiane
pasjanse, marnowanie czasu na głupoty, ryzykanckie wyprzedzanie samochodów na autostradzie i wszyst-
kie obce rzeczy, które zawsze w nim tkwiły i nie zmieniło ich czterdzieści lat wspólnego życia.
Zatrzymali się w wiejskim pensjonaciku, w którym wszystkie napisy zachęcały, upraszały, ostrzegały
i informowały po niemiecku. Jeszcze przed śniadaniem Peter ubrał się i wyszedł przed dom. Był maj, mlecze
kwitły dużo pózniej niż na równinach. Zobaczył swoje góry jako zamglone płynne linie na horyzoncie.
Powąchał powietrze. Dopiero zapach, nie widok, sprawił, że lawiną ruszyły obrazy, prześwietlone, nieostre,
porwane filmy bez głosu, bez puent, bez fabuł.
Ruszyli po śniadaniu, na które podano jajka na miękko. Droga ciągnęła ich najpierw w dół, a potem łagodnie
do góry. Kręciła się serpentynami, aż zupełnie stracili poczucie kierunku. Mijali rozrzucone na zboczach
wsie, domy duże i małe, jakieś zagadkowe strumienie, które mimo pozorów były wciąż tą samą rzeczką.
Każda wieś miała swoją dolinę, leżały jak czekoladki w aksamitnych zagłębieniach.
Najbardziej przykre uczucie tego dnia  Peter nie poznał swojej wsi. Skurczyła się do rozmiarów przysiółka,
brakowało domów, brakowało podwórek, dróżek, mostków. Został z niej szkielet. Postawili samochód przed
zamkniętym na kłódkę kościołem, za którym kiedyś stał między lipami dom Petera.
Obwąchiwał to miejsce i znowu puszczał w ruch ten dziwny film przeszłości. I właściwie uświadomił sobie,
że mógłby go puszczać wszędzie, w barze przy stacji benzynowej, w metrze, na wakacjach w Hiszpanii czy
na zakupach w centrum handlowym, i może wtedy ten ukochany film byłby wyrazniejszy, bo nie zakłócałoby
go to, co widzą oczy.
Wędrowali wąską ubitą drogą i z góry widzieli wieś, szkielet wsi, kilka pozostałych domów, małe ogródki,
wielkie lipy. A to wszystko żyło  dołem szli ludzie, poganiali krowy, biegły psy, jakiś mężczyzna wybuchnął
nagle śmiechem, zatrąbił samochód, wyżej człowiek z wiadrami pomachał im ręką, dym z kominów sunął
w niebo, ptaki leciały na zachód.
Usiedli na trawie przy drodze i jedli chipsy. Erika zerkała na jego twarz i bała się, że zobaczy jego wilgotne
oczy albo drżenie brody. Wtedy odłożyłaby torebkę chipsów i objęła go. Ale on miał twarz taką samą, jakby
oglądał telewizję.
 Idz dalej sam , powiedziała i dodała:  Zobacz, jakie spuchnięte mam nogi , co zabrzmiało jak refren.
Nie odpowiedział.
 Przyjechaliśmy za pózno. Jestem stara i nie mam siły iść na górę. Wrócę do samochodu i poczekam na
ciebie .
Delikatnie musnęła jego dłoń i zawróciła. Usłyszała jeszcze jego ostatnie zdanie:  Daj mi dwie godziny,
może trzy .
Zrobiło się jej smutno.
Peter Dieter szedł noga za nogą, patrzył na kamienie i na krzaki dzikiej róży, na których były już pąki. Stawał
co kilkadziesiąt metrów i ciężko oddychał. Przyglądał się wtedy liściom, łodyżkom i grzybkom na cienkich [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • szkicerysunki.xlx.pl
  •